środa, 8 stycznia 2014

ROZDZIAŁ 1

Dzień jak każdy inny. Znowu wstałam, z tym okropnym bólem głowy. Kolejny raz wstalam, zadając sobie pytanie "DLACZEGO ?!". Nie wiedziałam co mam robić, by przestać. Nie miałam już nikogo, kto by mógł mnie wysłuchać, wspierać i mówić mi ze dam radę, że jestem silna i przestanę. Nikt nie umiał mi pomóc. Rodzice robili wszystko, tylko bym przestała brać te okropne narkotyki. Ale ja ich zawodziłam za każdym razem. Kiedyś byłam nawet na odwyku. Zadziałało, tylko przez miesiąc... Już nad tym kompletnie nie panuje. Za każdym razem gdy brałam to świństwo, szłam się okaleczac. Mialam wrażenie że wraz z moja krwią spływają problemy. Przez chwilę tracilam wszystkie zmartwienia. Wzięłam komórkę, żeby zobaczyć która godzina. Było po 13. Poszlam do łazienki, wzięłam dresy i poszlam się wykąpać. Następnie ubrałam się, wysuszyłam włosy i zeszłam na dół do kuchni by zrobić sobie śniadanie. Mama patrzyła na mnie z żalem i złością... Dziwię się że jeszcze mnie z domu nie wygoniła. Ale nie dziwię się jej że jest na mnie zła. Zawiodłam ją po raz setny.
-Lucie... Czy... Czy ty wczoraj...? -nawet na mnie nie spojrzała tylko złapała się za głowę.
- Nie, mamo. Poszlam poprostu na bardzo długi spacer, musiałam przemyśleć kilka rzeczy. -wiedziałam że mi uwierzy, ale musiałam sklamac. Nie chciałam jej martwić.
-Nie było Cię całą noc! Kogo ty oszukujesz?! Myślisz że nie rozpoznam kiedy moja córka bierze narkotyki a kiedy nie. Prawie spadlas ze schodów. Tata musiał ci pomagać w nocyŻebyś nie spadła. -nie wiedziałam co odpowiedzieć. Mama poszła na górę. Pewnie po to by się naszykowac do pracy. Więc Wzięłam miskę nasypalam płatków i nalałam mleka. Za bardzo bolała mnie głowa żebym robiła jakieś wynalazki. Poszlam do salonu. Po chwili przyszła mama.
-Słuchaj, nie chce żebyś pakowala się w jakieś kłopoty. Proszę Cię, chociaż raz. Teraz wychodzę do pracy. Kocham cie, pa.
-Nie martw się o mnie. Jestem już dorosła. Pa. -mama podeszła pocałowała mnie w czoło i poszła ubrać kurtke i buty a następnie wyszła. Mialam juz wszystkiego dość. Mialam ochotę złapać za żyletkę. Chociaż wiedziałam że nic mi to nie pomoże... Postanowiłam się przejść. Wzięłam klucze, telefon, ubrałam trampki, kurtke, zamknęłam dom i wyszłam z domu chodziłam przez kilka godzin po mieście. Szybko mi się to znudziło więc poszłam do mojego ulubionego miejsca. Do parku. Tam zawsze przechodziłam gdy byłam mała z rodzicami. Szłam i zaczęłam sie rozglądać, nagle wbiegł we mnie przystojny loczek. Przewróciłam się na ziemię, on również.
- Nic ci się nie stało? Przepraszam Cię, spieszę się i cie nie zauważyłem.
-Nic się nie stało. Jak widać żyje... -chyba skądś go znałam ale nie byłam pewna. Miał takie śliczne oczy że nie mogłam przestać się patrzeć, chociaż udawałam że jest mi on obojętny
-Dziś nie mam dużo casu ale jakbyś chciała jutro możemy się umówić. Dam Ci swój numer i jak coś to zadzwonisz. -loczek wyciągnął malutką karteczkę. I zapisał na niej swój numer.
-eh... dobrze nie ma problemu.I dziękuję. -chłopak popatrzyl się na mnie i uśmiechnął się a następnie odszedł. Usiadłam przy najbliższej ławce i obserwowałam go uważnie. Szedł i co chwilę się odwracał w moją stronę. Nawet nie wiem jak ma na imię. Gdyby tylko wiedział że biorę     narkotyki i się tnę nigdy nie dał by mi tego numeru... Jestem beznadziejna.




CZYTASZ = KOMENTUJ <3

2 komentarze:

  1. A ti ti, no kto by pomyślał że mój fikołajek taki twórczy ! xD No boskie :)

    OdpowiedzUsuń